Za http://spotkania.zakopane.pl/trango3.html Relacje - Polacy w Trango
Minęła połowa sierpnia, Sage Symfonia
Polish Karakorum Expedition Pakistan 2006 w blokach startowych
gotowa do działania. Islamabad wita nas upałem i dużą wilgotnością,
warunki klimatyczne zdecydowanie inne niż w naszym kraju. Jesteśmy
w końcu w komplecie. Lider - Jakub Radziejowski, Maćko - Maciej
Ciesielski, Wawa - Wawrzyniec Zakrzewski, Kili - Grzegorz Mikowski.
Razem z nami startuje również Polish Trango Expedition czyli Siwy -
Adam Pieprzyki i Niedźwiedź vel Szczota - Marcin Szczotka. Do
naszej wolnej grupy pod wezwaniem „polish crazy climbers" dołącza
Kuba Czarnecki z Poznania, który będzie nam towarzyszył do Trango
Base Camp, tam porzuci towarzystwo szaleńców, aby móc przywieźć
zdjęcia spod K2 swej dwumiesięcznej córeczceJ.
Pakistan naszym oczom ukazuje się
zupełnie inny niż malują to media w naszym kraju. Przemierzając, w
kierunku naszego celu, wiele setek kilometrów tam i z powrotem,
nigdzie nie spotykamy terrorystów, a jedynymi ludźmi napotkanymi z
karabinami okazują się być żołnierze, policjanci i ochroniarze
lepszych sklepów, banków i różnego rodzaju instytucji, którzy z
uśmiechem na twarzy pozują do zdjęć. Przez 6 tygodni jakie
spędziliśmy w tym kraju, napastowały nas dziesiątki dzieciaków,
lecz nie w celu wyciągnięcia od nas pieniędzy z powodu tego, że
jesteśmy biali, lecz z czystej ciekawości i radości życia, z chęci
nawiązania kontaktu.
Kraj będący niegdyś częścią Indii,
brytyjskiej kolonii, kraj sąsiadujący z ogarniętym chaosem
Afganistanem, zaskakuje nas na każdym kroku. Z jednej strony
otwarci ciepli ludzie, z drugiej wielkie kontrasty, bogactwo i
nędza, żebracy, rynsztok na ulicy, krowy i kozy szwędające się po
centrum miast, umierające dzieci i dorośli na ulicach. Muezini
nawołują do modłów pięć razy dziennie, wierni w czapkach,
identycznych jak noszą Mudżahedini w Afganistanie, biegnący do
meczetów, niewiele kobiet na ulicach. Na ustach mężczyzn z wielkimi
brodami, długimi do kolan koszulami i obszernymi spodniami, ciągle
słychać muzykę. Mają również swojego mistrza śpiewaka, którego
nazwisko jest znane w najdalszych zakątkach kraju i rozsławiło
sztukę Pakistanu na całym świecie... Nusrat Fateh Ali Khan....
Ruszamy, przebijamy się przez
biurokrację, ministerstwo turystyki, dalej odpowiednik naszego PZA,
wszystkie dokumenty mamy już w ręku, a jest ich...bardzo wiele.
Pomaga nam niezastąpiony człowiek, który będzie nam towarzyszył
przez całą wyprawę, przewodnik z 20 letnim stażem Jaffer (Dżafar).
Człowiek, który przełamuje z urokiem stereotypy i staje się nam
bardzo bliski. Mieszkańcy Baltistanu (część Karakorum, której
przebywaliśmy leży w Zachodnim Kaszmirze, a region ten nosi nazwę
Baltistan, od nazwy ludu, który tam zamieszkuje) darzą Jaffera
wielkim szacunkiem, jest jednym z założycieli i jednocześnie
prezesem organizacji zrzeszającej tragarzy. Występują w obronie
praw tych prostych ludzi i dbają o to, aby wynagrodzenie jakie
otrzymują za pracę było na odpowiednim poziomie.
Pędzimy w kierunku GÓR, tych
wymarzonych i wytęsknionychJ.
Dwa dni drogi do Skardu, w sumie około 24 godziny jazdy w przypadku
przemieszczania się non stop. Nasz kierowca również miał takie
zapędy, ale użyliśmy siły naszej perswazji i w końcu uległ z
niesmakiem racjonalnym argumentom. Żaden z nas nie miał ochoty
runąć w przepaść na Karakorum Highway czy też już na drodze
doprowadzającej do Skardu, z powodu zachcianki naszego brodatego
kierowcy. Ta podróż to jak rosyjska ruletka, wyprzedzanie na
trzeciego i mijanie z wielkimi kolorowymi ciężarówkami jest chyba
bardziej niebezpieczne niż włóczenie się po górach. Maćko czasami
zamyka z przerażenia oczyJ,
ja czuję jak przyśpiesza moje serce, siedzę bezpośrednio za
kierowcą. Indus pędzi oszalały dnem doliny. Nocujemy w najgorętszym
miejscu Pakistanu w Chilas, w nocy temperatura spada do 35 stopni
Celsjusza. Rankiem wita nas ośnieżona Nanga Parbat, a potem
niespodzianka zawalisko na drodze - to rzecz normalna w tych
okolicach. Przerzucenie gratów na plecach przez nieprzejezdny
odcinek drogi i organizacja nowego transportu. Około 14:00 lądujemy
w Skardu. Pakistańska flora bakteryjna dokonuje spustoszenia w
żołądkach większości z nas, więc wieczorem otwieramy trunki
zakazane w Islamskiej Republice Pakistanu, a nasz przewodnik pod
osłoną nocy, gdy Allah nie widz,i próbuje polish vodka z uśmiechem
na twarzy.
Następny dzień to przepak, dodatkowe
zakupy, szczelne oklejenie gratów taśmą, ważenie. Wiemy już, że do
Askole nie da się dojechać, bowiem są 2 zawaliska na drodze. Na
szczęście między tymi zwałami skał i błota ostała się jedna
terenówka, która zbija krocie na transporcie, mając na niego
monopol. Nasze graty ruszają w nocy, a my bladym świtem. Droga do
Thongal z przeprawą przez zawalisko zajmuje nam ładnych parę
godzin, dostarczając przy tym sporo emocji na zakrętach, gdzie
Toyota musiała się składać na 2-3 razy i już jesteśmy. Ważenie,
dzielenie, tragarze i karawana rusza następnego dnia w drogę. Mamy
już kucharza Hussaina i pomocnika Rasula. Obaj zawsze uśmiechnięci,
potrafili wyczarować cuda, gdy jedzenie się kończyło. Do bazy mamy
3 dni wędrówki, mijamy Askole, potem nocleg w Jula, kolejny w Payu.
Chłopaki pędza jak szaleni, ja wlokę się na końcu robiąc zdjęcia. W
Payu Wawę dopada wysokość, zostaję z Nim na kolejny dzień i noc,
aby dzień później znaleźć się w bazie.
Blisko coraz bliżej, sterczą turnie
jak w powieściach Tolkiena w górach Mordoru, widać Trango Catedral,
Great Trango, w końcu Nameless, Uli Biaho, Hainabraak, Cats Ears -
to co widzimy powala na kolana. Morze skał i lodu, gdzie wzrokiem
nie sięgnąć kilometry granitu, a takie 300-400 metrowe ściany,
wyciąg drogi w poziomie od naszej messyJ.
Baza stoi, a w niej wspinacze z
Austrii, Hiszpanii i Słowenii, chłopaki mają spręża, moje aparaty
przygotowane, więc do dzieła.
27.08.2006 Kuba, Maćko i Wawa robią
pierwsze podejście do nowej drogi na dziewiczej turni, która nie
jest jeszcze nazwana. Po dwóch wyciągach wycof, brak aklimatyzacji
robi swoje. Jedynie Lider czuję się rewelacyjnie odtąd zaczęliśmy
mówić, że może zmieni dyscyplinę i ze wspinacza skalnego przerodzi
się w pługa śnieżnegoJ.
Spręż jednak pozostaje i pomysł na wytyczenie nowej linii.
Dzień później wychodzimy w celach
aklimatyzacyjnych pod Great Trango z zamiarem wejścia na
wierzchołek klasyczną drogą, jednak załamanie pogody definitywnie
zmusza nas do ruszenia w dół.
Zaczęła się dupówa, która trwa kilka
dni, podczas jednego krótkiego okna dobrej pogody Kuba, Maćko i
Wawa przechodzą tegoroczną nowość, na turni tuż ponad bazą
Oceano Trango 6a. Nietrudna droga ale bardzo ładna.
05. 09. 2006. „Polish crazy climbers"
napierają po raz drugi na tę dziewiczą turnię, na której byli kilka
dni wcześniej. Odprowadzam ich pod ścianę, rozstawiam sprzęt
fotograficzny, przez kilka godzin obserwuję jak zdobywają kolejne
metry. Po południu wracam do bazy. Przygotowujemy kolację, czekam z
herbatą i posiłkiem na chłopaków. Zapadła noc, tzn. ciemność. Na
niebie gwiazdy, Uli Biaho i „Kocie Uszy" oświetlone światłem
księżyca. Co kilkanaście minut wychodzę sprawdzić czy na morenie
nie widać latarek. Trango Glacier jęczy, gdzieś w dali echo roznosi
łoskot lawiny kamiennej. Około godziny 21 słyszę charakterystyczne
: WOWOWOWOW!!!!! UUUHUUUHUUUU!!!! Są, wracają, cieszę się razem z
nimi ich sukcesem. Powstaje nowa droga, pierwsza polska na
dziewiczym szczycie w tym rejonie od kilkunastu lat. Lider mówi, że
zawsze trzeba kończyć drogę na szczycie, więc chłopaki zaliczają
również wierzchołek turni, która zostaje ochrzczona jako
GARDEN PEAK( ok., 5000 m n.p.m.), w nawiązaniu do jej
sąsiadki GARDA PEAK oraz traw, które bardzo chętnie
pojawiały się w rysach w najmniej oczekiwanych momentach. Maćko w
szczytowej partii ściany nieźle się nadłubał w ziemi zalegającej w
rysach, co niezbyt dobrze wpłynęło na stan Jego palców. Droga
otrzymuje nazwę PIA, w rozwinięciu oznacza
Please Inform Allah lub Pakistan Inshallah Airlines
(w oryginale to skrót pakistańskich linii lotniczy - Pakistan
International Airlines). Trudności drogi to VIII-, 1xA0
(wahadło), zostaje pokonana bez znajomości, w czystym stylu bez
użycia młotka i hakówJ,
same kości. Długość drogi około 540 m.
Tymczasem w bazie skończyło się
mięso, czekamy na obiecaną kozę, która zostaje ochrzczona przez
Jaffera „polish crazy climbing KOZA". Zwierze przyszło na rzeź, a
my w międzyczasie się z nim zaprzyjaźniamy, zastępuję nam nasze
domowe pieski i kotki. Towarzyszy nam podczas wieczornych
pogawędek, gry w brydża i czytania książek zamknięta przed
niebezpieczeństwami nocy w naszej messie. Nasza szalona KOZA pożyła
około tygodnia, a potem została przerobiona na gulasz i inne
smakołyki. Żal zwierzaka, ale takie życie.
Prognozy pogody na najbliższy tydzień
były bardzo dobre, w związku z tym chłopaki spokojnie się
regenerują i wychodzą pod Trango Nameless Tower, z zamiarem wbicia
się w Drogę Słoweńską lub Eternal Flame. Niestety po
biwaku powyżej 5000 m. Wawa ma poważne problemy z wysokością,
zapada jedyna słuszna decyzja: w dół.
W bazie święto, Słoweńcy odnieśli
wielki sukces (szczegóły: www.wspinanie.pl), Silvio i Andriej
zrobili Nameless w 24 godziny. Tina, Tatiana i Sandra - pierwsze
kobiece wejście na Nameless. Do tego jeszcze synowie Toma
Česena oraz
Matjaž i
Matevž również zameldowali się na szczycie. Baza
była rozświetlona lampkami oliwnymi, wyśmienita wspólna kolacja,
transowe tańce i śpiewy przy dźwiękach bębnów w jakie przemieniły
się plastikowe beczki transportowe, trwały do późnej nocy, a polish
vodka i koniak przydały się na tę okazję. Bawiliśmy się razem,
Słoweńcy, Hiszpanie, my i nasi przyjaciele z Pakistanu, kucharze,
przewodnicy, portersi.
Świętowaliśmy niestety bez Siwego i
Niedźwiedzia, którzy trzeci dzień walczyli w ścianie Nameless w
bardzo trudnych warunkach. W nocy podchodziliśmy do wylotu żlebu
spadającego spod Bezimiennej Turni i wypatrywaliśmy ich czołówek.
Od czasu do czasu, gdy chmury nieco się podnosiły, pojawiały się
niczym zjawy na drodze słoweńskiej światełka. Niestety chłopcy
następnego dnia rano zatrąbili na odwrót, ściany były zalepione
śniegiem, a Adam się poodmrażał.
12.09.2006. Kuba, Maćko i Wawa
ponownie wychodzą pod Trango Nameless, aby w końcu zmierzyć się z
głównym celem wyprawy. Niestety organizm Wawy odmawia posłuszeństwa
szybciej niż kilka dni wcześniej. Wawa samotnie schodzi do bazy, a
Kuba i Maciej zostają na noc, aby kolejnego dnia wbić się w ścianę.
„Do ostatniej chwili nie mogliśmy
zdecydować się pomiędzy drogami Eternal Flame a drogą
Słoweńską. Ta pierwsza wciąż nie ma przejścia czysto
klasycznego, a większość zespołów pokonuję ją w stylu tzw.
french free (co było i naszym ew. celem). Ta druga jest drogą
czystą klasyczną (VIII+) i nęciła nas zdecydowanie bardziej." -
mówi Kuba.
13.09.2006 Maćko i Kuba wbili się w
ścianę, wybrali drogę Eternal Flame. Wspinali się szybko, po 3
godzinach wspinaczki dotarli do tzw. Shouldera, od tego miejsca
rozpoczynają się właściwe trudności drogi. Kuba o wspinaniu powyżej
Shouldera powiedział:
„Następnych kilka godzin to
wspinaczka w pięknych, choć niestety mocno zaśmieconych starymi
poręczami i pętlami, rysach w fantastycznej jakości granicie.
Zgodnie z planem, tuż przed zmrokiem osiągnęliśmy Snow Ledge, gdzie
zabiwakowaliśmy." W 14 godzin pokonali 19 wyciągów, dotarli na
wysokość ok. 6000 m n.p.m. Biwak nie należał do lekkich, wysokość i
temperatura, która w nad ranem spadła
do -15/ -20 stopni, nie umilała życia. Zbliżało się
załamanie pogody, rozszalał się wiatr, chmury zasnuły okoliczne
wierzchołki. Do szczytu pozostało chłopakom jedynie 11 wyciągów.
Czynniki pogodowe oraz styl wspinaczki franch free, który
nie sprawiał satysfakcji, wpłynęły na podjęcie decyzji o wycofie. W
taki oto sposób pozostał powód, aby w przyszłości wrócić na Trango
Nameless, jak Bóg da - Inshallah.
Świadome podjęcie decyzji o odwrocie
z Nameless przez Maćka i Kubę, nie spowodowało spadku spręża w
ekipie „polish crazy climbers" i tym sposobem 17.09.2006 chłopaki
już wspólnie z Wawą, przechodzą nową drogę środkiem południowo
zachodniej ściany Sadu Peak, długości około 450 m,
Pretty Close to trudności sięgające VII. Drogę
pokonano, podobnie jak PIA, bez haków i młotka. Jest to trzecia
droga na Sadu Peak. Ściana jest zlokalizowana bardzo
blisko bazy, dzięki czemu może stanowić w przyszłości interesujący
„ogród" wspinaczkowy, dla zespołów aklimatyzujących się w tym
rejonie.
Spręż dalej nie opuszczał naszej
ekipy i 18.09.2006, w tym samym składzie chłopaki przechodzą
trzecią nową drogę na I Turni Severence Ridge, która
stanowi niezależny wariant długości około 200 metrów, do drogi
wytyczonej rok temu przez zespół
nowozelandzko-amerykańsko-kanadyjski, która wyprowadza niemal na
wierzchołek Trango Ri II. Chłopcy wspinaczkę zakończyli po
670 pod wierzchołkiem I
Turni Severence Ridge. Trudności Let's Go Home
- taką nazwę otrzymał wariant - sięgają VIII+, na
najtrudniejszym wyciągu AF. Niestety na jednym wyciągu użycie haków
do asekuracji okazało się niezbędne, jak również pokonanie kilku
metrów hakówki za C1 (bez haków). Całość drogi została pokonana w
10 godzin.
Gdy cała baza tańczy i śpiewa ciesząc
się sukcesami i przygodą, wracam do rzeczywistości, mam samolot
wcześniej niż reszta ekipy. Żałuję że mnie nie było z Wami ChłopakiJ.
Dziękuję za wszystko, ta wyprawa zarówno pod względem sportowym jak
i towarzyskim była bardzo udana i pokazała nam, że w grupie
indywidualistów, jakimi są ludzie związani z górami i wspinaniem,
można skutecznie wspólnie działać i żyć, a to czy się wspinasz czy
nie i jak to robisz nie ma znaczenia. Liczy się to jakim jesteś
człowiekiem, a nie wielkość cyferekJ.
InShallah wrócimy tam kiedyś razem.....
Samotnie docieram do Rawalpindi, z
przygodami, poznając ciekawych ludzi, dotykając mistycyzmu jakim
jest przepełniony Pakistan, grzęznąc w miastach zalanych wodą po
ulewach, walcząc ze strachem nocą w rozklekotanym, dziurawym busie
na górskich bezdrożach. Nocami prowadzę rozmowy z Imamem Yar'em,
przewodnikiem pracującym w przeszłości z Wandą Rutkiewicz,
Andrzejem Zawadą, Jurkiem Kukuczka...a obecnie zajmującym się
dziećmi, ofiarami trzęsień ziemi, które w ciągu ostatnich lat
nawiedziły północną część Pakistanu....ale to już zupełnie inna
historia.
Grzegorz Mikowski
Jakub Radziejowski, Maciej
Ciesielski, Wawrzyniec Zakrzewski i Grzegorz Mikowski - Sage
Symfonia Polish Karakorum Expedition Pakistan 2006 pragniemy
serdecznie podziękować instytucjom i firmom, bez których nasz
wyjazd nie doszedłby do skutku. Dziękujemy za pomoc w spełnianiu
marzeń:
Polskiemu Związkowi Alpinizmu,
sponsorowi tytularnemu - firmie Sage Symfonia, firmie
Atest, a także Uniwersyteckiemu Klubowi Alpinistycznemu
z Warszawy oraz Klubowi Wysokogórskiemu w Poznaniu.
Wielkie podziękowania za niezawodny sprzęt firmom Marmot,
Yeti, Montano, Hannah, Lhotse,
Climbing Technology i Tendon a także sponsorom
wspierającym: Vasque, Sporting Brożyna-Travellunch,
Maxim, FiveTen i Triop, Schulz.
Działalność zespołu byłaby zdecydowanie ograniczona,
gdyby nie doskonałe prognozy pogody sponsorowane przez agencję
PAMIR.
Magazynowi Góry, portalom Wspinanie.pl i Onet.pl,
Spotkaniom z Filmem Górskim w Zakopanem oraz
Krakowskiemu Festiwalowi Górskiemu gorąco dziękujemy za
patronat medialny i wsparcie duchoweJ.
Dodatkowo Maciej Ciesielski pragnie
podziękować prezydentowi miasta Gdynia - Wojciechowi
Szczurkowi - fundatorowi Nagrody im. A.Zawady,
|